eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

W szponach nałogu

Muszę się wam przyznać do pewnej mojej słabości, która niestety i niespodziewanie wróciła przed kilkoma dniami. Od dobrych kilku lat byłem dumny, że porzuciłem przesadne korzystanie z tej - jakby nie patrzeć - używki…

Otóż w czasach, kiedy mieszkałem i pracowałem w Kaliszu, dopadł mnie straszliwy nałóg. Zaniepokojonych pragnę uspokoić, że nie mam na myśli czegoś szczególnie nagannego społecznie, co powodowałoby czynienie jakiegoś zła, chociażby najbliższym. Czegoś, czego mógłbym się współcześnie wstydzić i chcieć zataić ten fakt, by tu i teraz móc wszystkich dookoła pouczać - jak należy żyć. Zresztą ta swoista obsesja dopadła nie tylko mnie, bo znajomych bliższych i dalszych, którzy byli i są podobnie uzależnieni, mógłbym wskazać co najmniej kilkunastu. Recz nazywa się… wafle w czekoladzie. Ale nie, że jakiekolwiek. Na myśli mam te, w jakże charakterystycznym granatowym opakowaniu i z męskim imieniem w nazwie. Tak się jakoś składa, że produkowane są właśnie w Kaliszu, ale ich wielka popularność sprawiła, że są dostępne właściwie w każdym miejscy naszego kraju. Inaczej sprawa ma się ze słynnymi tutejszymi andrutami, do których także pałam wielka miłością, ale dostępność, a więc ich pragnienie - z przyczyn prozaicznych - muszę mieć ograniczone.

Jeszcze nie tak dawno temu szczyciłem się faktem, że od kilku lat utrzymuję się w mocnym postanowieniu niespożywania tych najlepiej sprzedających się w naszym kraju wafli w czekoladzie, które w 100 gramach produktu zawierają 550 kilokalorii! Celowo kładę nacisk na konsumpcję, bo wielokrotnie zdarzało mi się je nabywać, ale jedynie w celu przeszmuglowania na pokładzie samolotu śladowych ich ilości w bagażu podręcznym z myślą o zagranicznej sekcji miłośników tych wspaniałych polskich słodkości. Podsumowując: od kilku lat nawet do głowy mi nie przyszło, by chcieć pożerać bohatera dzisiejszego tekstu. Aż do zeszłego tygodnia niestety, kiedy coś we mnie pękło i potrzeba spożywania powróciła z siłą przysłowiowego wodospadu :)

Ale po kolei… To był dzień, kiedy w naszym mieście i regionie dokonało się tak zwane załamanie pogody. Po niekończącej się fali upałów, nagle zrobiło się jakby chłodniej. W moim wypadku wiązało się to z gwałtownym zmniejszeniem się potrzeby wypijania kolejnych szklanek niegazowanych zimnych napojów o najróżniejszych owocowych smakach. Spożycia niezbędnego mi właściwie do życia, by przetrwać końcówki kolejnych dni, gdy moje mieszkanie - z powodu niekorzystnego w pewnym sensie położenia, bo z widokiem z okien na południowy zachód - nagrzewało się do nieprzyzwoicie wysokich temperatur. Odetchnąłem zatem nieco, ale niespodziewaność tej sytuacji zawiodła mnie z kolei do pewnego zatracenia w codziennych rytuałach, w pewnym sensie niezbędnych do przetrwania, o czym zdaje się częściowo napomykałem w ubiegłotygodniowym felietonie. Otóż między inymi nie byłem w stanie podjąć wiążącej decyzji w zakresie obiadowego menu. Na trasie z pracy do sklepu pomyślałem jednak, że pospaceruję na luzaku między półkami, a wtedy pomysł pojawi się sam, wykrzesany w obserwowanego asortymentu. No i kiedy zaliczałem kolejne kilometry przebyte tego dnia, nagle zobaczyłem wspomniane wafle! I w tej samej sekundzie naszła mnie myśl, że może kupię ze trzy, bo to przecież nigdy nie wiadomo, kiedy się ewentualnie przydadzą. Może jacyś goście z nieletnimi, albo może niespodziewany wypad do znajomych z nieletnimi. No i kupiłem. Po czym ukryłem głęboko w lodówce, podobnie jak inne elementy żarcia, co to wieczorowa porą w dniu zakupu jednak nie mam na nie ochoty, ale przecież nic nie szkodzi, bo jak nic skonsumuję jutro. Nazajutrz jednak mam ochotę na coś zupełnie innego, więc w efekcie co jakiś czas wywalam przeterminowane jogurty, pożółkłe i powykręcane żółte sery w plastrach, że o wyraźnie nadwiędniętych owocach południowych nie wspomnę. Ale nie, że jedynie wafle tego dnia nabyłem. Były też - tak, wiem, że mało wyszukane -  dwie kiełbasy z wyprzedaży (gazetki) do natychmiastowego pożarcia na obiadokolację. I kiedy polegiwałem po ich spożyciu, sącząc herbatkę z cytryną i hodowaną na balkonie z wielkim sukcesem - miętą, naszła mnie myśl, że skoro mam już te wafle w lodówce, to może by tak jednego. Za moment biegłem ponownie ku białemu kuchennemu meblowi po drugiego, a po jeszcze krótszej chwili - po trzeciego. Taaaaaaaaak… Wtedy byłem już całkowicie kontent w zakresie ilości cukru dostarczonego organizmowi wieczorową porą :)

Następnego dnia nawet do głowy mi nie przyszło, by w sklepie skręcić w półki ze słodkim. Ale około godziny dwudziestej chęć była tak silna, że musiałem wyjść z domu w celach nabywczych. A potem wszystko już poleciało. Najpierw była kolejna gazetka z korzystnościami, a w niej informacja, że trzy mogę nabyć w cenie dwóch. Kupiłem więc sześć, tak na wszelki wypadek. W sobotę pomyślałem o dziewięciu, bo to przecież wolna od handlu niedziela przed nami, a nie ma nic gorszego, kiedy nie ma pod ręką spożywczego przedmiotu naszego pożądania. Pewnie zaraz powiecie, że pękłem. Ano pewno! I wcale nie wstydzę się do tego przyznać.

P.S. Pamiętajcie koniecznie, że wafle w czekoladzie są nieziemsko chrupiące jedynie chwilę po wydobyciu z lodówki. W innych sytuacjach o ich smakowitości mowy być nie może :)

1 lipca 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu