eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Przed wojną... to było powietrze!

Tak często mawiała moja babcia, dyskretnie wykazując w ten sposób, że ciągły rozwój cywilizacji nie w każdym aspekcie życia bywa pozytywny i pożądany

Przed laty, będąc jeszcze dzieckiem, praktycznie każde wakacje spędzałem w babci w Gnieźnie. Kiedyś, przy okazji odkrywania moich piśmienniczych prapoczątków,  opisywałem ten wspaniały czas, więc nie będę do tego wracał, żeby nie zanudzać. Można przecież przeczytać ten tekst w każdej chwili na portalu egryfino.pl. Nie muszę zapewne z kolei nikomu przypominać, że to miasto było pierwszą stolicą Polski, więc jestem szczególnie dumny, że tam właśnie się urodziłem, a po przeprowadzce do Gryfina w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia - często tam wracałem.

Co pewien czas, szczególnie podczas obecnych spotkań rodzinnych, przypominam sobie zachowane gdzieś z tyłu głowy sytuacje i rozmowy z dorosłymi. Kiedyś, przy okazji otrzymania paczki żywnościowej od dalekiej rodziny ze Stanów Zjednoczonych, babcia przypomniała, że ileś tam lat po wojnie w jednym z listów stamtąd przeczytała, że do amerykańskiego domu niepostrzeżenie wkradł się postęp w postaci nowoczesnej pralki. Daleka kuzynka opisywała ten cudowny przedmiot w sposób kompletnie dla babci niezrozumiały. Otóż, że pralkę tę można oglądać jak telewizor, bo ma takie okienko, w którym widać… kręcące się wewnątrz pranie. To były lata, kiedy w większości polskich domów pranie wykonywało się ręcznie, a dopiero za kilka lat na dłuższy czas miała do ich zawitać kultowa Frania. Podobnie było z telewizorami, o których większość już słyszała, ale wielu na ten kosztowny drobiazg długo nie mogło sobie pozwolić. Ja już tych czasów nie pamiętam, bo od kiedy sięgam pamięcią, to telewizor w domu rodzinnym był już na stałe zrośnięty z elegancką meblościanką. Pamiętam natomiast silny powiew współczesności, kiedy u ciotki w Poznaniu pojawiła się nowa pralka, najprawdopodobniej kupiona na raty, w której pranie oglądało się jak atrakcyjny program w telewizorze. To właśnie wtedy babcia powiedziała, że nareszcie rozumie, o czym przed laty pisał amerykański odłam naszej rodziny.

Potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie: kolorowy telewizor, mały przenośny telewizor turystyczny, pociągi ekspresowe, autostrady, telefony komórkowe, komputery czy Internet, bez których nie wyobrażamy sobie współczesnego życia. Ich pojawienie się z kolei coraz bardziej, paradoksalnie, prowadzi do tęsknoty za tym wszystkim, co już nie wróci, a było przecież oczywistym. Chociażby taka typowa zima, której zawsze towarzyszył śnieg. Taki prawdziwy, który jak już spadł, to i długo poleżał. W Gryfinie miejsc na śnieżne szaleństwa było kilka. Przede wszystkim było to podwórko na tyłach bloku przy ul. Łużyckiej (wtedy Bohaterów Stalingradu). Z tamtych czasów pozostały już tylko garaże, które w tamtych latach mieściły wszystkie samochody sąsiadów. To powodowało, że podwórko było miejscem do zabaw, a nie wybetonowanym parkingiem. Za garażami znajdowały się „przyklejone” do nich komórki, a dalej przydomowe ogródki działkowe, na miejscu których obecnie stoi wielorodzinny budynek mieszkalny zwany potocznie blokiem. Wspomniane działeczki znajdowały się za płotem, a schodziło się do nich po kilku betonowych schodach. I ta różnica wysokości była kluczowa, bo dzięki niej mieliśmy niewielką podwórkową… górkę. Jeśli udało się ją odpowiednio wyślizgać, to na stojaka, na kucaka lub na sankach można było dojechać do pierwszej działki. Tak się złożyło, że był to kawałek ziemi moich rodziców, na którym spod śniegu wystawały zazwyczaj jedynie łodygi upstrzone zmarzniętymi brukselkami. To była prawdziwa pycha, za którą na szczęście nie przepadali koleżanki i koledzy.

Były też nieco większe górki w parku. No ale tam zazwyczaj tłok i mnóstwo dzieciaków z rodzicami, więc bywało się tam ewentualnie wieczorami, żeby w spokoju poćwiczyć zjeżdżanie na stojaka. Prawdziwym rajem śniegowego szaleństwa w Gryfinie była jednak Górka Miłości. Tam obowiązkowe były sanki, a dla bardziej odważnych tzw. nartki wykonywane z plastikowych elementów poręczy na klatkach schodowych, które w okresie zimowym zagadkowo stamtąd znikały w odcinkach około dwudziestocentymetrowych. Kiedy zdobyło się już dwa takie fragmenty poręczy, to one nie były jeszcze nartkami. Stawały się nimi dopiero, gdy na ciepło, zazwyczaj w wyniku podgrzewania nad płomieniem kuchenki gazowej, oczywiście pod nieobecność rodziców, udało się nieco podwinąć jeden z ich końców ku górze, który od tego czasu stawał się przodem nartek :D

Pamiętam dwie zimowe trasy na Górce Miłości. Jedna była dla nieco odważniejszych zwyklaków, którzy wyrośli już z górki parkowej. Była bardzo długa. Zjazd po niej trwał nawet kilkadziesiąt sekund, a wchodzenie go poprzedzające zabierało sporo minut, tym bardziej, że pod najbardziej stromy początek zjazdu trzeba było wchodzić specjalnym sposobem - stawiając stopy bokiem. Z drugiej - tzw. fali, nazwanej tak z powodu ostrego i niezwykle pofałdowanego spadu - korzystali jedynie najlepsi i najbardziej odważni. Często łamały się tam drewniane sanki, szczególnie gdy korzystało z nich dwóch śmiałków jednocześnie. Nie będę ukrywał, że ja fali się bałem ;)

Uwalniając moje wspomnienia, przyszedł mi do głowy tak często obecnie poruszany aspekt porządku i bezpieczeństwa. Każdy korzystający wtedy wiedział, że zjeżdża się środkiem, a wchodzi bokiem, gęsiego. Dodatkowo nie przypominam sobie niebezpiecznych zdarzeń, mimo że obie trasy się krzyżowały. Porządkowi na trasach służyło nawoływanie i wzajemne ostrzeganie korzystających. To były czasy!

Współcześnie zimą w Gryfinie zazwyczaj brakuje śniegu, ale za to mamy pewność, że w każdą drugą niedzielę stycznia zagra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy :)

14 stycznia 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu