eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Nie wszyscy muszą o tym wiedzieć

Lata lecą, więc nie ma się co dziwić, że ogólna sprawność ruchowa i pamięć już nie takie, jak przed laty. W sumie to zaczęło się już jakiś czas temu, kiedy - już nie mając pamięci do kawałów - zapamiętawszy któryś z nich, opowiadałem go w towarzystwie. Często nie pamiętając, że ta czy inna osoba już go słyszała i to niestety ode mnie. W takiej sytuacji słuchacze najczęściej wykazywali się niespotykaną wręcz wrażliwością i taktem, nie dając mi do zrozumienia, że dopada ich coś więcej niż déjà vu.

No i w związku z niezadowalająco dobrą  pamięcią, od pewnego czasu, co tydzień zresztą, kiedy zasiadam do pisania kolejnego felietonu i obmyślam temat, muszę najpierw zastanowić się głęboko - o czym by tym razem i czy przypadkiem już o tym nie pisałem. I nie będę ukrywał, że im dalej w las - tym sytuacja staje się jakby bardziej napięta. Oto mam bowiem niewyobrażalny lęk, że w swoim pięćdziesiątym felietonie pisanym dla Gazety Gryfińskiej, popełnię jakąś niewybaczalną powtórkę, którą ktoś prędzej czy później mi wypomni. Co innego świadome powroty tematyczne związane chociażby z rocznicowością, bo przecież cykliczność - dzięki matce naturze - jest nieodłącznie wpisana w nasze życie.

Kilkanaście dni temu, korzystając z pierwszych chwil urlopu wypoczynkowego, który niestety właśnie dobiega końca, niedługo po powstaniu z wyrka korespondowałem przy kawce z jedną z moich przyjaciółek przy pomocy komunikatora internetowego. Działo się to przy okazji okrągłych urodzin pewnej artystki światowego formatu, która połączyła nas wspólnym szaleństwem podczas swojego pierwszego w Polsce koncertu, dziewięć lat temu. No i ta przyjaciółka, nomen omen niezmiennie posiadająca każdy atrybut kobiecości na miejscu, wspomniała coś o… posuwaniu nas przez upływający czas. Przyznam się szczerze, że nie dość dobrze spisałem w zakresie braku zgody z przedmówczynią, bo dopiero rozpoczynałem poranny rozruch. Była to bowiem pora, kiedy wprawdzie potrafię bezbłędnie trafić do łazienki, wstawić wodę na kawę czy użyć telewizyjnego pilota, ale mózg dopiero łapie tak zwane styki z zakończeniami nerwowymi odpowiedzialnymi za myślenie abstrakcyjne, że o połączeniu z palcami na klawiaturze laptopa nie wspomnę J Tym czasem zaiste... aniśmy się obejrzeli, a wspomniana artystka osiągnęła metrykalnie wiek niezwykle stateczny. Cóż to jednak znaczy? Że od teraz czegoś nie będzie wypadało jej robić, mówić lub śpiewać? Że trzeba będzie w garsonce już tylko? Nie sądzę. I to jest fantastyczne! Myślę, że każdy z nas zadaje sobie podobne pytania, szczególnie w tak zwanych przełomowych momentach życia. Oczywiście przełomowych metrykalnie.

Pierwszą magiczną liczbą jest dla każdego z nas osiemnastka. Przynajmniej przeze mnie niezwykle oczekiwana. No bo wiadomo - jak ma się już dowód osobisty w kieszeni, to dorośli muszą się z nami liczyć. I to zarówno przyszli radni czy posłowie, którzy od teraz walczyć będą zacięcie o nasz głos, jak i rodzice, którzy jako ostatni godzą się z pełnoletniością swoich dzieci. Potem długo nie dzieje się nic szczególnego. Metrykalnie oczywiście. Kolejna magiczna liczba to czterdziestka. Nie ukrywam, że obawiałem się jej nieco, a właściwie tego, jak zmieni się moje życie dzień później. Myślę, że głównie w związku z kultowym serialem określającego ten - podobno - niezwykle stateczny wiek. Gdy oglądałem tę produkcję w telewizji, byłem jeszcze niezwykle młodym człowiekiem i wydawało mi się, że kiedy go osiągnę, to będę już zupełnie starym i bezużytecznym dziadem. Nie wiem - czego właściwie spodziewałem się nazajutrz po mojej czterdziestce, zresztą po zacnej, całonocnej imprezie, którą naszykowały mi znienacka zbliżone do mnie koła towarzyskie. Że się nie obudzę? A jak obudzę, to nagle stanę się stary? A może zejdę znienacka? Tym czasem okazało się, że nie wydarzyło się nic poza lekkim poalkoholowym kacem. Właściwie więc zgarnąłem grzywkę palcami z czoła na bok i żyłem dalej. Bez jakiegokolwiek odczuwania zmian, a tym bardziej spodziewanego nadejścia starości.
Przy pięćdziesiątce było już nieco inaczej, bo tak zwana starość naszła mnie już nieco wcześniej. O jutro byłem więc zupełnie spokojny. Wspominając w tym momencie o starości, nie miałem na myśli tej mózgowej, a jedynie świadomość, że nie wszystko jestem w stanie szarpnąć jak przed laty. Znacznie wcześniej zacząłem już unikać podbiegania do autobusu podmiejskiego, choć półbieg ku pracy pozostał bez zmian, gdyż nadal nie nauczyłem się wychodzić z domu wystarczająco wcześnie. Jedynie z siatami ze sklepu chadzam już nieco wolniej, głównie z powodu, że na trasie do domu mam do pokonania niewielkie wzniesienie. Związane z pokonywaniem tej trudności zipanie staram się ograniczać do niezbędnego minimum.
Tym czasem 60-letnia obecnie Madonna, która ciągle pokazuje mi z pewnym wyprzedzeniem w zakresie wieku, że można i należy - że wyrażę się niezwykle literacko - łamać zasady. Dzięki temu jest nadal równie ruchliwa i wyrazista jak przed laty. Oczywiście, że po przebudzeniu musi wyglądać co najmniej równie źle jak ja, ale przecież nie wszyscy muszą o tym wiedzieć, a tym bardziej to widzieć :)

2 września 2018