eGryfino - Portal eGryfino - sport, kultura, informacje, wydarzenia - informacje z powiatu gryfińskiego.

Freddie zazwyczaj w upale

Nie należę do osób chętnie polegujących na piachu lub leżaku z towarzystwem napojów chłodzących lub wyskokowych, zatem kiedy planuję jakikolwiek wypad, to próbuję na kilka dni wcześniej ustalić marszrutę obejmującą oglądanie lokalnych atrakcji. Oczywiście biorę pod uwagę, że nie wszystkie plany da się zrealizować, bo nie można przewidzieć niespodziewanego nadejścia globusa, że nie wspomnę o ewentualnym zmęczeniu nazajutrz po równie niespodziewanie przedłużającej się podróży lub niespodziewanej fali upałów, która w absolutnie żadnym wypadku nie jest w stanie mnie gdziekolwiek z cienia wypchnąć…

Czyniąc działalność planowania, zazwyczaj jeszcze z pozycji tzw. kanapy w domu, muszę przede wszystkim brać pod uwagę możliwości lokalnej komunikacji, bo jako nieposiadający prawa jazdy - nie mam jak gdyby innego wyjścia. Stąd po wybraniu miejsca docelowego zaczynam studiować w internetach mapy tras, ceny biletów, sposobów ich nabycia, a jeśli jest możliwość, czynię to z wyprzedzeniem, aby potem się nie denerwować, że nie potrafię dogadać się - powiedzmy - w języku francuskim. Lubię też przy pomocy Google Street View „pospacerować” po czekającym mnie realu, by zaobserwować, jaki widok mnie czeka po wyjściu chociażby z metra.

Sytuacja ma się zgoła inaczej, gdy wydarza się wypad grupowy (choć wtedy zazwyczaj na mojej głowie jest orientacja w terenie, bo Kasprzyk to zawsze wszystko sprawdzi i wie) lub do przyjaciół, którzy z powodu własnego urlopu mogą mi towarzyszyć w… ich osobistym aucie. Cwaniak - pomyślicie pewnie. Tym czasem powód tej sytuacji jest niezwykle banalny. Jeśli ktoś posiada bowiem auto, to rzadko zdarza się go namówić, żeby wyruszył w podróż ze mną chociażby koleją, nawet jeśli jest to ultranowoczesny tabor w kolebce czekolady Milka. Taki z wszelkimi szykanami współczesności, typu wysuwające się schodki po otwarciu drzwi, byśmy mogli spokojnie stanąć na równie wysokim peronie, sprawnie działająca klimatyzacja, czy wreszcie informacja o ewentualnym, choć niezwykle rzadko zdarzającym się tutaj opóźnieniu. Oczywiście nie mam tu na myśli komunikatu w szczekaczce na peronie czy dworcu, ale tej udostępnianej podróżnym w niedoli ich niespodziewanie wydłużającej się podróży, nie daj bóg, gdy mają niewiele czasu na przesiadkę, a kolejny bilet z miejscówką już kupiony trzy miesiące wcześniej, bo taniej. W Szwajcarii sprawa jest rozwiązana inaczej. Obowiązuje bowiem JEDEN bilet na wybraną trasę, bez względu na to, jakim pociągiem wypadnie na jechać. Z tym samym biletem możemy więc przemieszczać się na zaplanowanej trasie pociągiem osobowym, czyli zatrzymującym się na każdej stacji, lub tym nieco szybszym, a nawet bardzo szybkim. Obowiązuje jedynie przedział czasowy, w którym trzeba się wyrobić w zakresie rozpoczęcia i dokończenia podróży i to taki, że nie na przysłowiowy… styk. No dobra, tyle drogą wstępu. A ten już zasygnalizował, że tym razem będzie o państwie w Europie środkowej nieposiadającym formalnej stolicy, które mam szansę odwiedzać dzięki mojej przyjaciółce Aleksandrze.

Przy okazji kolejnej tam wizyty, trzy lata temu, po raz pierwszy odwiedziłem niezwykle urokliwe i znane na całym świecie Montreux. Upał wtedy był porównywalny do naszego obecnie. I przyszło mi teraz do głowy, że podsumowując moje późniejsze tam wizyty, taka właśnie pogoda jest im przynależna. Na szczęście auto, którym przyszło mi tam jechać, posiadało klimę. Nachalną nie na tyle, bym następnie te ekskluzywy w postaci różnicy temperatur między wnętrzem a zewnętrzem - musiał odchorować.
Miasto zrobiło na mnie niezwykle pozytywne wrażenie, tym bardziej, że z dzieciństwa pamiętałem „Róże Montreux”, czyli program wyprodukowany przez ekipę Monty Pythona specjalnie z myślą o odbywającym się tam Festiwalu Rozrywki Telewizyjnej, którego nagrody nosiły taką właśnie nazwę. Wśród skeczy znalazł się oczywiście ten o ministerstwie głupich kroków. Zapadł mi w pamięć do tego stopnia, że gdy niemalże 20 lat później w polskiej telewizji można było oglądać kolejne odcinki „Latającego cyrku Monty Pythona”, to czyniłem to z wielka ochotą i wypiekami na spłakanej ze śmiechu twarzy. Ani wcześniej, ani tym bardziej później nie śniło mi się nawet, że kiedykolwiek zawitam do Montreux, a szczególnie w czerwcu 2015 r. Wtedy właśnie jeden szczegół tej miejscówki szczególnie wzrok mój przykuł, a mianowicie pomnik Freddiego Mercury’ego. Idealny odlew sylwetki tego wielkiego artysty, zwrócony w kierunku Jeziora Genewskiego, dzierżącej w lewej dłoni charakterystyczny mikrofon z jedynie fragmentem statywu, natomiast prawą, zaciśniętą w pięść, wznoszonej w górę. Nie wiedzieć  dlaczego, Montreux i pomnik wokalisty grupy Queen stały się miejscem, które odwiedzam przy okazji każdego pobytu w okolicach Lac Léman. Rok później znowu tam byłem. Działo się to w lipcu, a więc upał był jeszcze większy, niż przed rokiem. Tym razem podróż odbyła się koleją z tak skuteczną klimą, że nazajutrz znalazło to odzwierciedlenie w stanie mojego zdrowia. Od tamtego czasu byłem u Freddiego jeszcze trzy razy, z czego dwukrotnie w upale, ale tym razem samochodem z… nienachalną klimatyzacją.

Nie mam pojęcia, dlaczego mnie tak cięgnie w tamto miejsce. Przecież nigdy nie byłem szczególnie wielkim fanem grupy Queen. Nie da się jednak ukryć, że to miejsce ma w sobie coś magicznego. O każdej porze dnia i roku niezliczone ilości pstrykniętych tam fotek i autentyczne wzruszeni ludzi, że mogą stanc obok artysty.

Pojadę tam znowu przy okazji lipcowej wizyty w Szwajcarii. Wszystko wskazuje na to, że znowu będzie upał…

8 czerwca 2018

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz zapisy regulaminu